


| petrusblog |
| ::księga
gości:: 2010 styczeń 2009 listopad październik wrzesień kwiecień marzec luty styczeń 2008 czerwiec styczeń 2007 październik lipiec kwiecień luty 2006 grudzień listopad wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2005 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2004 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2003 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń |
STATUETKI WRĘCZONE
Po raz trzeci Redakcja Magazynu Nadsańskiego „Nasz Czas” przyznała statuetki i honorowe tytuły Człowieka Naszego Czasu. Uhonorowanie wyróżnionych odbyło się 8 lutego 2010 podczas Wielkiej Gali w sali koncertowej Państwowej Szkoły Muzycznej w Stalowej Woli. Oto laureaci:
petrus 2010-02-09 21:34:08 skomentuj (0) WIELKA GALA TUŻ-TUŻ
Magazyn Nadsański „Nasz Czas” istnieje od czerwca 2006 roku, wypełniając coraz szerzej lukę informacyjną na lokalnym rynku mediów. Początkowo miesięcznik wydawany był przez Stalowowolskie Towarzystwo Kulturalne. Obecnie pracami wydawniczymi zajmuje się powstała 1 stycznia 2010 roku oficyna Piotr Jackowski Wydawnictwo „Nasz Czas”, współpracująca ze Stalowowolskim Towarzystwem Kulturalnym. Od początku czasopismo pełniło rolę informacyjną, edukacyjną i wychowawczą, stwarzając płaszczyznę komunikacji dla władz samorządowych, organizacji pozarządowych, placówek oświatowo – wychowawczych, kulturalnych, parafii, szeroko pojmowanej społeczności lokalnej. Jego celem było i jest promowanie regionu nadsańskiego oraz integrowanie ludzi wokół małej ojczyzny. Dziś „Nasz Czas” jest znanym tytułem, zyskującym poczytność w coraz szerszych kręgach regionu. Magazyn, współpracując z wieloma instytucjami, podejmuje liczne inicjatywy o charakterze kulturalnym, społecznym, promocyjnym i integracyjnym, patronuje ciekawym przedsięwzięciom, podejmuje się także roli organizatora i współorganizatora. Jedną z takich inicjatyw jest przyznawanie honorowych tytułów i statuetek Człowiek Naszego Czasu. PIOTR JACKOWSKI
NASZ CZAS
Tel. 885-859-847
,
petrus 2010-01-25 20:02:04 skomentuj (0) WYWIAD MAŁGORZATY WALEWSKIEJ DLA NASZEGO CZASU
Z MAŁGORZATĄ WALEWSKĄ,
gwiazdą nowojorskiej Metropolitan Opera, rozmawia PIOTR JACKOWSKI
– Śpiew jest dla mnie wszystkim, nie mogłabym żyć bez śpiewania. Najbardziej fascynuje mnie śpiewanie w operze, bo oprócz tego, że lubię śpiewać, lubię się wcielać w różne postacie i naprawdę na scenie operowej czuję się całkowicie spełniona. Ale lubię też koncerty. Odpowiada mi akustyka kościelnych wnętrz i lubię śpiewać w świątyniach. – Ma Pani wiele ciekawych doświadczeń na największych scenach. Jak Pani postrzega reakcje publiczności? – Kocham publiczność i mam z nią bardzo dobry kontakt. Od pierwszego wejścia na scenę odczuwam związek z widzami. Szczególnie lubię publiczność festiwalową, która przychodzi na wakacyjne występy. – Czy czuje Pani tremę na widok rzesz słuchaczy? – Stresują mnie występy w wielkich teatrach, ponieważ łączą się one z wielką odpowiedzialnością. Jednakże trema towarzyszy mi podczas wszystkich koncertów, co jest wpisane w mój zawód. W związku z tym nauczyłam się z nią walczyć na różne sposoby, przykładowo przy pomocy technik oddechowych i ćwiczeń relaksacyjnych. Gdy byłam młodsza i stres był większy, mówiłam sobie, że przecież niczyje życie ode mnie nie zależy. Nie jestem chirurgiem, którego błąd może doprowadzić do śmierci pacjenta. W moim przypadku nic się nie stanie, jak mi coś nie wyjdzie. Ale do tej pory wszystko układało się pomyślnie. – Proszę wspomnieć o Pani kontaktach z największymi śpiewakami – Luciano Pavarottim, Placido Domingo... – Nie znam przyjemniejszego człowieka niż Domingo. Jest miły, serdeczny i otwarty, do rany przyłóż. To, oprócz talentu, świadczy o jego wielkości. Śpiewałam z nim w Operze Wiedeńskiej, potem zaprosił mnie do Waszyngtonu. – Jest Pani wielką osobowością artystyczną. Jak Pani godzi kreowanie własnego stylu z kanonami nakreślonymi przez twórców? – My możemy być tym, kim jesteśmy, publiczność nas podziwia, ale trzeba pamiętać, że najważniejsza jest muzyka i że to jej służymy. Osobiście daleka jestem od jakiejś fałszywej skromności, znam swoją wartość, natomiast moje działania podporządkowuję roli i kompozytorowi. Trzeba pamiętać, że im wykonanie jest wierniejsze zamiarom twórcy, tym lepsze. – Pamięta Pani może jakąś zabawną, wyjątkową, ciekawą, zaskakującą, nietypową sytuację na scenie? – Takich zaskakujących sytuacji bywa wiele. Dochodzi do nich na przykład wtedy, gdy na scenie zabraknie jakiegoś istotnego rekwizytu. Właśnie ostatnio w Covent Garden zdarzyło się, że położyli mi nóż nie z tej strony. Z punktu widzenia widza to są rzeczy niezauważalne, ale dla wykonawcy jakiekolwiek najdrobniejsze potknięcie urasta do rozmiarów katastrofy. I choć właściwie nic wielkiego się przez to nie dzieje, to człowiek zaangażowany w spektakl inaczej to odbiera. Śmieszne sytuacje, które mnie spotkały na scenie, dotyczą pomyłek tekstowych. Polegały one na tym, że czasami poplątały mi się słowa. Niekiedy śpiewam „Pieśń wieczorną” Moniuszki ze słowami „gdzie nasza chatka, gdzie stara matka krząta się koło wieczerzy”. I zawsze jak wykonuję ten utwór mam wątpliwości czy jest ”stara chatka” „nasza matka” czy „nasza chatka” „stara matka”. I właśnie ostatnio zaśpiewałam „gdzie stara matka, gdzie nasza chatka krząta się koło wieczerzy”. Oczywiście wyszło to zabawnie i pianistka miała radość. Ale publiczność nie zorientowała się, że popełniłam taki błąd. – Dziękuję Pani serdecznie za rozmowę. "Nasz Czas" - Magazyn Nadsański tel. 885-859-847 naszczas@gazeta.pl Redaktor naczelny: Piotr Jackowski Czytaj magazyn regionalny "Nasz Czas" wydawany w Stalowej Woli petrus 2009-11-04 16:32:12 skomentuj (0) WYWIAD CEZAREGO ŻAKA dla NASZEGO CZASU
– Przede wszystkim cieszę się, że tak ludzie postrzegają ten serial. Scenarzyści, którzy go piszą, są bardzo dobrze osadzeni w polskich realiach. Jeden z nich mieszka na mazurskiej wsi, skąd wziął pomysł ławeczki spod sklepu. Właściwie taką ławeczkę można spotkać wszędzie. Ja w swojej dzielnicy w Warszawie też mam taką ławeczkę pod sklepem i też się spotykam z panami, którzy kiwają do mnie głowami i proszą o dwa złote. Scenarzyści trafili w zapotrzebowania ludzi. Po prostu, trafiliśmy w swój czas. Na sukces serialu składa się masa czynników. Wiele osób mówi, na czym polega jego fenomen, co im się podoba, a co nie. Ale właściwie, co im się nie podoba, to w ogóle nie słyszałem. Akcja dużej liczby seriali produkowanych ostatnio rozgrywa się w środowiskach młodych ludzi. W związku z tym gra w nich wielu młodych aktorów. Natomiast w „Ranczu” występują nie tylko młodzi. Myślę, że to też jest jakiś przyczynek do sukcesu tej produkcji. – Tak wielkie powodzenie „Rancza” to w ogromnej mierze Pańska zasługa. Jak Pan się czuje na planie, kreując role wójta i proboszcza? – Wie pan, jak dostałem tę propozycję, to rzeczywiście bardzo się ucieszyłem ze względów zawodowych. No bo zagrać dwie role w jednym filmie... to się rzadko zdarza. Jak przeczytałem scenariusz pierwszy raz to od razu wiedziałem, że serial będzie dla mnie dużym wyzwaniem. Chciałem, żeby te dwie postacie się różniły. Byłem bowiem pewny, że tak będzie ciekawiej i dla widza i dla mnie jako aktora. Dla widza, bo zobaczy dwóch różnych facetów, a dla mnie, bo będę mógł sobie zagrać dwie role. Chociaż to nie było wpisane w tekst. Tam byli bracia bliźniacy bardzo podobni do siebie i fizycznie i psychicznie. Ja jednak bardzo nalegałem, żeby oni się różnili. Stąd mój pomysł, aby wójt miał wąsy, był ogorzały, żeby wcale nie był aniołkiem, żeby twardo trzymał wieś. Budując postać wójta widziałem mojego stryja z dzieciństwa, który był sołtysem na wsi i do którego jeździłem na wakacje przeważnie podczas żniw. Dlatego atmosfera wiejska nie jest mi obca. Wiem co to żniwa, co znaczy ciężka praca na roli. To wszystko nie jest mi obce, chociaż całe życie mieszkam w mieście. Natomiast proboszcz jest zlepkiem obserwacji księży z różnych kościołów. Wstyd się przyznać, ale czasami chodziłem na Mszę św. do kościoła nie po to, żeby się modlić, tylko po to, żeby obserwować księży, patrzeć, jak się zachowują, jak się ubierają. Stąd mój pomysł na okulary w złotej oprawce, ponieważ zauważyłem, że większość proboszczów w Polsce, szczególnie w tej Polsce prowincjonalnej, nosi okulary w złotych oprawkach. Oczywiście, postać księdza trzeba było potem dopasować do wójta, żeby to jednak byli bracia. Oni czasami potrafią się połączyć ponad podziałami w imię wyższych idei. Oni potrafią sobie podać rękę. Niechętnie, ale jednak... Wójt w imię jakichś swoich partyjnych interesów, a proboszcz, bo mu tak nakazuje religia, miłosierdzie... – Serial w fantastyczny sposób ukazuje przywary drobnych urzędników i karykaturalnie uwypukla specyfikę samorządności przez małe „s”... – My to gramy trochę jak bajkę, bo to nie jest życie tak naprawdę do końca. Wszak życie pokazane tak jeden do jednego na ekranie byłoby nudne i nieciekawe. Zresztą... ludzie nie chcieliby oglądać prawdziwego życia. Dlatego „Ranczo” to jest bajka. I im ta bajka jest bliżej życia, im jest prawdziwsza, że ludzie mogą odnaleźć w niej siebie, tym jest lepsza. Ciągle powtarzam, że kiedyś czytałem wspomnienia Gustawa Holoubka. Napisał on, że w 50. latach, w czasach socrealizmu, jak grali w Katowicach sztuki socrealistyczne, to na takim spotkaniu z klasą pracującą wstał jeden stary górnik i powiedział: „Co wy nam tu gracie takie sztuki, pokazujecie nam jak to u nas w domu jest naprawdę. My chcemy oglądać bajkę po pracy, chcemy się odprężyć, rozerwać. Pokazujcie coś więcej niż życie. Życie to my mamy w domu”. I wydaje mi się, że serial „Ranczo” jest takim pokazywaniem życia przez palce, tak jakby trochę przez mgłę, dlatego ono jest takie śmieszne, czasami wzruszające. – Czy wiadomo już coś na temat dalszych losów bohaterów „Rancza”? – Nie, jeszcze nic nie wiadomo co będzie dalej. Telewizja jak zwykle śpi. Jak się okazało, że oglądalność sięgnęła dziesięciu milionów, to oni się za głowę złapali, dopiero zaczęli przebąkiwać, że może by nakręcić piątą serię. Natomiast scenarzyści, którzy dwa lata temu skończyli pisać serię czwartą, dostali inne propozycje, zabrali się za coś innego. Ale wiem od producenta, że się absolutnie nie odżegnuje od „Rancza” i myślę, że kiedyś ta następna seria powstanie. – Dziękuję Panu serdecznie za rozmowę.
petrus 2009-10-31 17:16:54 skomentuj (0) W ŚWIECIE KONI
– Moim marzeniem było, aby hodować konie. Teraz to marzenie się spełniło – mówi były prezydent Stalowej Woli Alfred Rzegocki, który wraz z małżonką Krystyną założył w Przyszowie – Rudzie małą stadninę. – Zawsze powtarzałem, że kierownikiem, dyrektorem, prezesem, prezydentem się bywa, a człowiekiem jest się zawsze – akcentuje, podkreślając wagę posiadania jakiejś pasji w ludzkim życiu. Alfred Rzegocki myślał o hodowaniu koni już... kilkadziesiąt lat temu. Ale ciągle nie miał czasu zrealizować swojego pomysłu. Kiedy był prezydentem Stalowej Woli, praca zajmowała mu dużo czasu. Teraz odskocznią od miejskiego gwaru jest dla niego pobyt w Przyszowie – Rudzie, gdzie może cieszyć się kontaktem z piękną przyrodą. – Tu jest spokój, oaza zieleni, las, woda – zauważa. – Stadnina? Może to za dużo powiedziane – stwierdza, pokazując konie na pobliskim pastwisku. Wzrok przykuwają dwie pełnej krwi klacze małopolskie Tina i Enigma oraz pełnokrwisty arab o imieniu Maneż. Państwo Rzegoccy określają go czule mianem maskotki i przylepki. O mały włos, a miejscem jego rezydowania byłby Kazachstan, ale ostatecznie trafił do Przyszowa – Rudy. – Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że we wsi jest pięć koni, z czego trzy są nasze – zauważa Alfred Rzegocki. Zwierzęta są spokojne, nie ma z nimi większych problemów, a praca przy nich to prawdziwy relaks. Swego rodzaju nagrodą za ponoszony trud jest możliwość jazdy konnej. – Polecam taką jazdę wszystkim, którzy mają nadwagę. Ja po godzinnej jeździe tracę kilogram. Takim rodzajem aktywności można z powodzeniem zastąpić aerobik, jazdę na rowerze czy wiele innych ćwiczeń – dodaje były gospodarz Stalowej Woli. Właściciele koni cały czas poznają swoich podopiecznych i zdobywają niezbędną wiedzę. Prace związane z hodowlą są dla nich nowym wyzwaniem, pozwalającym zdobywać niezbędne doświadczenia. Szczególnej troski wymaga zdrowie zwierząt i reagowanie na wszelkie zagrożenia chorobowe. Państwo Rzegoccy akcentują, że przebywanie z końmi wycisza człowieka i uczy spokoju. – Tego wewnętrznego spokoju musieliśmy się uczyć – stwierdzają. Zachęcają mieszkańców regionu nadsańskiego, by korzystali z możliwości nauki jazdy konnej, ponieważ w okolicy znajduje się kilka stadnin. Zapewniają, że gdy ktoś zaliczy dziesięć jazd, nie będzie chciał rozstawać się z tego rodzaju aktywnością. – Mówią, że nie ma takiego jeźdźca, który by nie spadł z konia. To może się zdarzyć każdemu i mnie się też przytrafiło – śmieje się Alfred Rzegocki. – Ale to nie zawsze zależy od człowieka, bo niekiedy koń może się spłoszyć na widok zająca czy ptaka i upadek gotowy. – Nie jest łatwo przyjść z miasta na wieś, a nam się to przytrafiło. Póki nam starczy sił i zdrowia, będziemy chcieli zajmować się końmi. Są to bardzo sympatyczne stworzenia – konkluduje Alfred Rzegocki.
PIOTR JACKOWSKI
Stalowa Wola * Stalowa Wola * Stalowa Wola petrus 2009-10-07 07:42:35 skomentuj (0) BY NIE PRZEGRAĆ ŻYCIA
– Nieszczęściem młodych, że tak mało wiedzą, czym jest alkohol, a czym nie jest. A nieszczęściem starych, że wiedzą tak dużo, ale tak późno. A to nie jest artykuł pierwszej potrzeby. To nie jest artykuł spożywczy, który można lekkomyślnie zażywać, choć jest wszechobecny i jest na niego moda, zwłaszcza u młodych. Mało tego, u wszystkich jest jakaś chęć używania świata póki służą lata. – Coś mi się od życia należy – mówią. I każdy myśli, co się jemu należy, a nie myśli o tym, co się jego bliźniemu należy. – Takie postrzeganie rzeczywistości rodzi egoistyczne i hedonistyczne postawy, przejawiające się w braku odpowiedzialności za drugiego człowieka. Także za tego, który popadł w alkoholizm. – Nikt nie może powiedzieć tak, jak powiedział kiedyś Kain, który zabił brata. Pan Bóg spytał go: gdzie jest twój brat Abel? Ten odrzekł: a czyż ja jestem stróżem mego brata? Nasz Ojciec Święty powiedział: każdy jest stróżem drugiego człowieka. – Wspomnijmy o zgubnych skutkach spożywania alkoholu. – Alkohol C2H5OH ma to do siebie, że potrafi podstępnie wpływać na człowieka na wszystkich poziomach. Działa na biologię, czyli na ciało, które początkowo broni się przed nim powodując wymioty, ale potem przyzwyczaja się do niego i go pragnie. Alkohol oddziałuje też na psychikę i rodzi sztuczne potrzeby szukania towarzystwa – jak się to często mówi, żeby tylko być w gronie i nieraz wkupić się do tego towarzystwa właśnie przez alkohol. I niszczy psychikę, powodując pijane myślenie. Ponadto degraduje duchowość człowieka, to najwyższe ludzkie piętro, czyli wrażliwość na ducha nieskończenie doskonałego, na sprawy religijne, na Pana Boga, na dobro, piękno, miłość. To wszystko alkohol potrafi zabić. Potrafi odebrać siłę i mądrość mężczyźnie, a kobiecie etykę i estetykę. I powoduje ogromne spustoszenie, zwłaszcza jeżeli patrzy się na te problemy przez palce. – W naszym społeczeństwie ukształtowało się pojęcie „kulturalnego picia”. Pojęcie jakże złudne, ponieważ kulturalnym być trzeba, a picie nawet niewielkich ilości alkoholu może się skończyć popadnięciem w nałóg. – Jeszcze w seminarium uczono mnie, że nie wolno pić w obecności człowieka nadużywającego alkoholu. To pierwszy krok wobec niego, choćby się samemu nie było uczulonym na trunki. Bo jeśli ktoś ma problem alkoholowy, to nie przemówi do niego żaden argument. Powstrzymując się przy nim od spożywania alkoholu nie dajemy mu przyzwolenia i pozbawiamy go komfortu picia. Zauważmy, że ten kulturalnie pijący może wypić naparstek, kieliszek, natomiast alkoholik nie poprzestanie na tym. On wypije litr, będzie pił ciągami i potem już sam nie będzie sobie w stanie poradzić bez alkoholu. Stąd już prosta droga do autodestrukcji i samozagłady. Bo alkohol z czasem staje się jakby narkotykiem, którego organizm potrzebuje coraz więcej. I wszystko zaczyna się kręcić wokół tego, by pić. Wreszcie taki człowiek, pozbawiony wrażliwości na wartości wyższe, zaczyna sam siebie nienawidzić. Wie bowiem, że nie zasługuje na szacunek. Aby żona czy najbliżsi nie robili mu wymówek, sam wszczyna awantury i przeklina. Wielkim niebezpieczeństwem z jego strony jest to, iż będąc w pijackim amoku ma przywidzenia i halucynacje. Wtedy ktoś stojący obok niego może mu się wydać potworem, który chce go napaść. W takiej sytuacji nietrudno o tragedię, bo we własnej obronie może złapać siekierę i zabić. To jest ogromne nieszczęście. Dlatego ten, kto ma Boga w sercu, kto pragnie normalności, wszelkie media, wszelka prasa, ktokolwiek, wszyscy powinni być na te sprawy wyczuleni. Bo lepiej zapobiegać, jak leczyć. – Jeśli już dojdzie do tragedii uzależnienia, wielkim wsparciem w pokonaniu nałogu okazuje się pomocna dłoń drugiego człowieka. – Tym, którzy już popadli w nałóg, trzeba pomagać, by mieli warunki do spotkań w grupie anonimowych alkoholików. Najlepszym bowiem lekarstwem dla człowieka jest drugi człowiek, najlepszym lekarstwem dla alkoholika – drugi alkoholik. Bo on wie, na czym te mechanizmy polegają. Ja przedstawiam się zawsze, że jestem abstynentem z przekonania, ale tylko samoukiem i amatorem. Natomiast oni są zawodowcami, ponieważ oni to już przerobili na sobie. – Przestróg nigdy za dużo, by nie być mądrym po szkodzie. – Pamiętam o przestrogach, których mi tato udzielał w domu. Zawsze powiadał: choćby wszyscy pili, to ty nie pij. Wyniosłem także przestrogę z seminarium duchownego. Ksiądz rektor mówił nam, że na alkohol nie ma mocnych. Nie pomoże wykształcenie, stanowisko, mundur, powołanie... To jest choroba ekumeniczna. – Powiedzmy o programie, który pomaga ludziom dotkniętym alkoholizmem. – Ci ludzie ratują się programem dwunastu kroków anonimowych alkoholików, znanym na całym świecie. Mówią o nim, że to jest cud zaistniały w dwudziestym wieku. I w tym programie dwunastu kroków sześć razy odwołują się do Pana Boga. I trzeba pomóc im się ratować, bo kto się topi, to wszyscy myślą, jak mu podać koło ratunkowe, natomiast kto chce wyjść z alkoholizmu, to wszyscy jakby go chcieli utopić namawiając, nakłaniając, zachęcając, stwarzając przerozmaite okazje. – Zauważmy, że dla niektórych taką okazją stają się nawet uroczystości religijne. – Tak, to bardzo bolesne. I mało tego, niektórzy jako argument za piciem wykorzystują cud przemiany wody w wino w Kanie Galilejskiej. A przecież tam nikomu film się nie urwał i wszyscy, co wypili to cudowne wino, spostrzegli, że to był cud. Tam wszyscy byli myślący. – Niestety, dziś takiego myślenia często brakuje. Bezmyślnie traktuje się alkohol jak każdy inny produkt spożywczy. Tyle że na przykład herbaty wolno nie posłodzić, ale nie wypić alkoholu... to już obraza. Taką się tworzy mentalność. – Gdy ktoś nie posłodzi herbaty dziękując za cukier, nie robi się z tego problemu. Nie widać też, by ktoś wlewał pół litra magi do zupy, no bo po co. Ale alkohol... musisz wypić. Tymczasem u tego, kto ma alergię na alkohol – a ma ją jedna piąta ludzkości, nawet jedna lampka szampana, jeden kieliszek wódki, potrafi uruchomić zespół choroby alkoholowej. Wesele będzie dwa dni, a on będzie pił dwa tygodnie, dwa miesiące, latami będzie pił. – Są ludzie, którzy, walcząc z nałogiem, dają świadectwo o swoich doświadczeniach i zmaganiach. – Mam przed sobą zestaw rozmaitych wypowiedzi, świadectw anonimowych alkoholików, którzy przeszli przez ośrodek w Gorzycach w województwie śląskim, zatytułowany „Na odwyku spotkałem Jezusa”. Bez przerwy można cytować słowa tych ludzi, którzy już osiągnęli dno, ale Pan Bóg im dał łaskę poznania prawdy. Naszego Ojca Świętego zapytano, które słowa Ewangelii uznałby za najważniejsze przesłanie na dzisiejsze czasy. Miał powiedzieć: poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli. Dopóki człowiek nie pozna tej prawdy, to będzie wiecznie siebie oszukiwał i innych. Przy jednym pijącym cierpi dziesięcioro. Ale też jeden niepijący pozbawia komfortu picia dziesięciu pijących. I trzeba to nagłaśniać na różne sposoby. – Ważną sprawą staje się łączenie sił w szerzeniu wiedzy na temat zgubnych skutków spożywania alkoholu. – Zobrazuję to przykładem chorego na stole operacyjnym, nad którym pochyla się kilku specjalistów. Każdy jest fachowcem w swojej dziedzinie i czyni wszystko, by pacjenta uratować. Myślę, że podobnie jest w przypadku choroby alkoholowej. Kto tylko może – prasa, radio, telewizja, władze, Kościół, wychowawcy, rodzice, niech uświadamia społeczeństwo. By nie było takich głosów, jak usłyszałem od pewnego alkoholika: gdybym czterdzieści lat temu wiedział, czym alkohol jest, a czym nie jest, to bym się go nawet nie tykał. Dlatego trzeba znać prawdę na ten temat i nigdy nie namawiać nikogo do spożywania trunków. – Przydatna jest tu zasada czterech „nie”... – Ja stale podpowiadam takie cztery razy nie: nie pij, nie kupuj, nie namawiaj, nie stawiaj, sprawy nie będzie. To jest najpewniejsze zabezpieczenie. Tak jak mówił minister Giertych: zero tolerancji. Trzeba umieć nie pić wcale, żeby można było pić trochę. Tymczasem to picie jest osłonięte pięknymi słówkami: po kieliszeczku, po lampeczce, po koniaczku, kulturalnie... Kto pije kawę, herbatę, nie mówi się: kulturalnie, no chyba że siorpie. I nikt z tego nie robi problemu. Natomiast gdy przyjdzie pić alkohol, to już tak kulturalnie, tylko że niekulturalnie się kończy. Nie wiadomo, gdzie się cnota kończy, a grzech zaczyna. – Godne podziwu jest zaangażowanie Księdza w szerzenie idei trzeźwego życia i podejmowanie inicjatyw trzeźwościowych. – Jestem kapelanem Związku Podhalan, który istnieje już 90 lat i w statucie ma zapisane jako zadanie troskę o trzeźwość i walkę z pijaństwem. I przez to, że na Podhalu górale pielęgnują honor i wiedzą, co znaczy nosić się honorowo, udało mi się wzbudzić zdrowy honor, że pić niedużo, to nic dużego, ale nie pić wcale, to dopiero coś, lecz na to trza chłopa, no i baby też, bo i kobiet dosięga problem alkoholowy. Wesele z gorzałką to byle dziad potrafi zrobić, ale by przygotować wesele bez gorzałki, na to trzeba śmiałych, odważnych, mądrych ludzi, którzy nie mają kompleksu niższości, którzy nie dają sobą manipulować. – Był Ksiądz świadkiem wielu smutnych wydarzeń wywołanych spożywaniem alkoholu. To jeszcze bardziej utwierdziło Księdza w tym, że trzeba przeciwdziałać alkoholizmowi ze wszystkich sił. – Sygnałem, że trzeba coś zrobić na tym polu, była śmierć pijanego traktorzysty, jak również śmierć ojca czworga dzieci, który po pijanemu poparzył sobie nogi w ognisku. Zmotywował mnie też list kardynała Franciszka Macharskiego, obiecującego specjalne błogosławieństwo dla par wesel bezalkoholowych. No i podjąłem wiele działań nie spodziewając się, że nabiorą one rozgłosu. Wiele też z tego powodu wycierpiałem. Ale jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć i B. Nie byłbym sobą, gdybym się temu sprzeniewierzył. Wiedziałem, że skoro jestem proboszczem, to muszę wziąć odpowiedzialność za ludzi. Przecież biorąc władzę trzeba brać i odpowiedzialność. Troszcząc się o moich parafian, zaproponowałem im urządzanie wesel bezalkoholowych. To spotkało się z zainteresowaniem mediów. Potem zaczęliśmy organizować corocznie Kamesznickie Dni Trzeźwości połączone z rozgrywkami sportowymi. Pewnego razu zostałem zaproszony przez Radio Maryja do uczestnictwa w audycji dla rodzin, żeby dać o tym świadectwo. Pojechałem z kapelą góralską Trebunie Tutki, innym razem z kapelą z Żywiecczyzny. I odzywają się telefony z całej Polski mówiące, że podobne rzeczy mają miejsce w innych częściach Polski i że ludzie są z tego dumni. Więc przyszła mi myśl: to spotkajmy się. I pierwsze dwa spotkania odbyły się w Kamesznicy, a kolejne organizowaliśmy już w całym kraju. Bogu dzięki, w tym roku na przełomie lipca i sierpnia odbyło się w Łomży XV Ogólnopolskie Spotkanie Małżeństw, Które Miały Wesela Bezalkoholowe. Przebiegało pod tradycyjnym hasłem „Wesele wesel”. Wspomnę też o innej ciekawej inicjatywie, którą podjął ks. Wojciech Ignasiak z Katowic. Postanowił zorganizować kurs dla wodzirejów zabaw bezalkoholowych. I znaleźli się tacy bracia Hojnowie z Krakowa – Józek i Kazek – którzy wspaniale spisują się w tej roli. Ojciec Jan Góra zaprosił ich nawet na Lednicę, kiedy to i ja dawałem tam świadectwo w obecności 150 tysięcy młodych ludzi. Po moim wystąpieniu z kapelą góralską ojciec Jan Góra powiedział do zgromadzonych: zapamiętajcie raz na zawsze, że nie ma flirtowania z alkoholem. Tak więc sprawa nabiera rozgłosu. Daj Boże, żeby i przez to, co pan redaktor robi, też docierało do ludzi wołanie o trzeźwość. – Ma Ksiądz stale do czynienia z góralami. Jaki jest naprawdę ich stosunek do alkoholu? – Cały czas zaprzeczam powiedzeniu, że górale piją. Prawda, za kołnierz nie wylewają, ale mają śpiewki, które są przestrogą przed pijaństwem. A jak jakaś prawda dostała się do antologii góralskich śpiewek, to już jest święta prawda. – Z pewnością trzeba wyciągać wnioski z tych przyśpiewek, bo nie wolno zmarnować bezcennego daru, jakim jest życie. – Ksiądz profesor Józef Tischner, też kapelan Związku Podhalan, zawsze mawiał: pijaństwo bierze się z przegranej wolności, a nikt nie chce być przegranym. A nasz Ojciec Święty powie, że życie człowieka jest jak mecz, który trzeba rozegrać. I na Jasnej Górze, akcentując wszelkie inicjatywy na rzecz trzeźwości, także ideę wesel bezalkoholowych, wołał, że nie wolno tych inicjatyw ośmieszać ani pomniejszać. Zbyt wysoka jest stawka, o którą chodzi. Wiemy to dobrze z historii. I trzeba tutaj mieć odwagę iść pod prąd, pod prąd płytkiej opinii i zgubnym obyczajom. Podczas jednej z pielgrzymek z moimi parafianami, Ojciec Święty podpisał nam Złotą Księgę, do której wpisujemy pary wesel bezalkoholowych. I podpisał specjalne błogosławieństwo dla takich par. Mamy też jego błogosławieństwo dla uczestników spotkań par wesel bezalkoholowych z całej Polski. – Czy trudno jest trafić do Kamesznicy? – Zawsze mówię, że kto chce znaleźć Kamesznicę, musi wodzić palcem po mapie wzdłuż Wisły od morza aż do źródeł rzeki. Tak trafi pod samą Baranią Górę. Z jednej strony jest Wisła i Małysz, a z drugiej Kamesznica i ja. – Dziękuję Księdzu pięknie za rozmowę.
petrus 2009-09-11 18:07:22 skomentuj (0) ŚWIĘTA NADZIEI
Z ks. FRANCISZKIEM GRELĄ, proboszczem parafii św. Józefa w Nisku, rozmawia PIOTR JACKOWSKI
– W życiu ludzkim czas pracy i świętowania przeplata się... – Natura człowieka jest tak ukształtowana, aby sześć dni pracować, a siódmego odpoczywać. To jest rytm, którego nie można zmieniać. Owszem, były w historii próby uderzania w dzień święty, ale nie wychodziło to ludziom na dobre. – To oczywiste. Przecież człowiek musi się od czasu do czasu na chwilę zatrzymać. – Święta stają się okazją do pogłębienia więzi rodzinnych, mają moc jednoczącą i wychodzą naprzeciw potrzebom ludzkiej natury. Pozwalają na chwilę zadumy i głębszą refleksję oraz postawienie sobie pytań dotyczących sensu i celu życia. To bardzo ważne, ponieważ codzienne rozmyślanie nad tymi sprawami zajmuje przeciętnemu człowiekowi jedynie trzy minuty na dobę. – Z pewnością takiej refleksji sprzyja czas Wielkiego Postu, poprzedzający Wielkanoc... – Jego obrzędowość, zwyczaje i nabożeństwa, upamiętniające pewne wydarzenia z życia Pana Jezusa, przemawiają do człowieka. Spójrzmy przykładowo na Gorzkie Żale czy Drogę Krzyżową. Każdy może tutaj w jakiś sposób odnaleźć siebie. Przecież do wszystkich odnosi się i dotyka nas to, co przechodził Chrystus w czasie ziemskiego życia. – Te odniesienia przypominają o naszej godności i człowieczeństwie. – Już samo rozpoczęcie okresu przygotowującego w środę popielcową, symboliczne posypanie głów popiołem, przypomina, że tu jesteśmy tylko pielgrzymami i że trzeba to życie przeżyć dobrze, być człowiekiem, że trzeba zaprosić Jezusa do swojego życia i ubogacić się treściami religijnymi, a przede wszystkim nadzieją chrześcijańską. Bo okres Wielkiego Postu nie jest czasem cierpiętnictwa, tylko pokuty. To pokuta ma nas prowadzić do głębszej, wewnętrznej przemiany i do szerszego otwarcia oczu na światło wiary. Temu służą rekolekcje i spowiedź wielkanocna. Jeżeli tak, przede wszystkim duchowo, przygotujemy się do świąt, dadzą nam one prawdziwą radość. O niej mówi Pan Jezus: Pokój Mój daję wam. – Wspomnijmy o szczególnym nabożeństwie wielkopostnym, jakim jest Droga Krzyżowa. Miał Ksiądz możliwość przeżywania go w tak niezwykłych miejscach jak Kalwaria Zebrzydowska czy Święty Krzyż. – Gdy byłem jeszcze w poprzedniej parafii, w Łagowie, to w Wielki Piątek wyjeżdżaliśmy do Kalwarii Zebrzydowskiej na Drogę Krzyżową. Było to niesamowite przeżycie. Kilkugodzinne nabożeństwo, rozpoczynające się o szóstej rano, gromadziło zwykle około 100 tysięcy ludzi, a rekordowa liczba wyniosła 150 tysięcy. Przy każdej stacji, po rozważaniu, były odgrywane sceny związane z Męką Pana Jezusa. Aktorzy – klerycy i okoliczni mieszkańcy – grali naturalnie, starając się oddać to, co czują. Od kilku lat Droga Krzyżowa odprawiana jest w Wielki Piątek na trasie od kościoła w Nowej Słupi do sanktuarium Świętego Krzyża. Jej szlak wiedzie tak zwaną Drogą Królewską, a nabożeństwo prowadzi ordynariusz sandomierski. Każdego roku uczestniczy w nim coraz więcej ludzi. Przybywają posłowie, senatorowie, wójtowie... W przyszłości planuję pojechać tam z moimi parafianami z Niska. – Wspomniany przez Księdza Wielki Piątek to dzień wyjątkowego czasu – Wielkiego Tygodnia... – Wielki Tydzień to są ostatnie dni ziemskiego życia Pana Jezusa. Wjazd do Jerozolimy, ostatnia wieczerza, pojmanie, męka i śmierć – te wydarzenia są szczególnie zaakcentowane przez przeżywanie Niedzieli Palmowej, Wielkiego Czwartku, Wielkiego Piątku, Wielkiej Soboty no i Niedzieli Wielkanocnej, upamiętniającej zmartwychwstanie Chrystusa. Uwagę zwraca bogata obrzędowość tego czasu: wykonywanie pięknych palm, grobów Pańskich nawiązujących często do aktualnych wydarzeń, malowanie pisanek, święcenie pokarmów, spożywanie niedzielnego śniadania i stawianie na stole baranka wielkanocnego... – A same Święta Wielkanocne... to uobecnienie całego dzieła zbawczego Boga. – Dzieło zbawienia skupia się w nich jak w soczewce. I jeszcze ten radosny moment, że Chrystus zmartwychwstał. Nie grób jest końcem, celem ludzkiego życia, nie nicość, niebyt, tylko pełnia życia i spotkanie z Panem Jezusem. Mamy więc zupełnie inne spojrzenie na śmierć. Wielkanoc każe nam popatrzeć na śmierć w znaczeniu pozytywnym. To nie jest odebranie życia, lecz przyjście anioła, który obdarza nowym życiem. Dlatego Święta Wielkanocne można nazwać świętami nadziei i optymizmu. – Czego pragnąłby Ksiądz życzyć czytelnikom „Naszego Czasu” z okazji Świąt Wielkanocnych? – Przede wszystkim pełnej radości z przeżywania świąt, tej prawdziwej, duchowej. Żeby te święta miały charakter spotkania z Chrystusem Zmartwychwstałym, żeby przypominały o naszym zmartwychwstaniu, o tym źródle prawdziwej nadziei, że jesteśmy powołani nie do śmierci, a do życia. – Dziękuję Księdzu pięknie za rozmowę.
petrus 2009-04-07 21:35:15 skomentuj (0) |
STALOWA WOLA NEWS PIOTR JACKOWSKI – muzykolog i dziennikarz ze Stalowej Woli NA TEJ STRONIE UMIESZCZAM MOJE WYWIADY, RELACJE I REPORTAŻE MOI ROZMÓWCY: Bp ANDRZEJ DZIĘGA O. JAN GÓRA GRUPA MOCARTA WŁODZIMIERZ MATUSZAK JERZY ZELNIK KRZYSZTOF KOLBERGER MARIA SEWERYN MACIEJ ZAKOŚCIELNY PIOTR MACHALICA HENRYK GOŁĘBIEWSKI JERZY MAKSYMIUK KAJA DANCZOWSKA STAŚ DRZEWIECKI MARCIN DANIEC JUSTYNA STECZKOWSKA GRZEGORZ TURNAU ALOSZA AWDIEJEW AGATA MŁYNARSKA ANDRZEJ SIKOROWSKI GRAŻYNA KULAWIK ALICJA MAJEWSKA WŁODZIMIERZ KORCZ IRENA JAROCKA JÓZEF SKRZEK MIROSŁAW CZYŻYKIEWICZ MAJKA JEŻOWSKA TOMASZ BUDZYŃSKI TOMASZ CZAJKA MACIEJ KUROŃ MAREK MICHALAK MAŁGORZATA GARLICKA i WIKTOR KISZKA JANINA SAGATOWSKA CIEKAWE STRONY * ZAJRZYJ DO MAGLA !!! Grzegorz Męciński - blog Bo miłość mój miły - blog Magdy Dobre strony Tarnobrzega Robert Grudzień - wirtuoz organów, dyr. Fundacji im. Mikołaja z Radomia Legalne oprogramowanie Ruch „Światło – Życie” Tygodnik „Solidarność” Ochrona konsumentów Biblia Tysiąclecia Praca!!! Klub miłośników dobrych mediów Radio Maryja Katalog mediów polskich Marek Ziemba - socjolog Rzeczpospolita BBC Angelus – portal chrześcijański Liga Małżeństwo Małżeństwu Coś dla kobiet Pomoc duchowa Ryszard Kapuściński Biblioteka literatury polskiej Caritas Polska Tłumaczenie on line!!! Opoka – serwis katolicki Nasz Dziennik Niedziela – tygodnik katolicki Gość Niedzielny – tygodnik katolicki Przewodnik Katolicki – tygodnik Portal katolicki Dziecko w sieci Portal muzyczny „Kamerton” Diecezja sandomierska Klub Dobrej Muzyki Tygodnik Powszechny Polska Agencja Prasowa Katolicka Agencja Informacyjna Panorama kultur Michael Quist o miłości Stalowa Wola Rally - nieoficjalny serwis rajdowy Portal kultury polskiej Wszystko o teatrach Serwis teatralny Internetowy serwis filmowy Telewizyjny magazyn „Pegaz” Klub Środowisk Twórczych Taniec Online Polskie Towarzystwo Taneczne O muzyce i tańcu Ogólnopolskie forum taneczne Serwis taneczny Strony taneczne Remigiusz Grzela - dziennikarz i dramatopisarz Magazyn NoName Korea Północna – strona oficjalna!!! |
|
![]() |
Webring GP |



